Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reportaż. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 września 2010

Za mało światła

Parę dni temu zostałem poproszony o zrobienie zdjęć podczas przedstawienia w podkowiańskim parku. Zgodziłem się, w zasadzie, dlaczego nie? Znając rozmiary miejsca, w którym miała się dziać akcja, wziąłem szkła 17-40, 50 i 70-200. Wydawało się to w zupełności wystarczające. Niestety, tylko wydawało.

200 na FF było "nieco za małe", ale z tym jakoś sobie poradziłem. Gorzej było z ilością światła. Przy 200mm, czasie 1/50, przysłonie 2,8 i ISO: 3200 wciąż bywało wyraźnie za ciemno. Gdybym przewidział taki rozwój wypadków, wziąłbym 200/2, ale zwykle 2,8 wystarcza z zapasem.

Libretto przedstawienia powstało w formie komiksu. Od bardzo dawna nie miałem okazji robić zdjęć oświetlonych tylko i wyłącznie płomieniami, zawsze warto odświeżyć pamięć:

Ognisko i pochodnia. Da się, chociaż wymaga to dobrych wysokich czułości, i jasnego szkła. 2,8 jasne nie jest, jak widać z resztą.

Nie sądziłem, że podkowiańskie sezonowe jeziorko, głębokości przeciętnego brodzika, nadaje się do pływania łodzią, a jednak...

Oczywiście, żadne przedsięwzięcie, przedstawienie czy nie przedstawienie, nie może odbyć się bez odpowiednich zasobów:

Po spektaklu zrobiłem kilka zdjęć przemawiającym oficjelom, oraz publice. To moje ulubione:

I to by było na tyle... Dzięki dzisiejszym zdjęciom dowiedziałem się co nieco o fotografowaniu w tej lokalizacji, co może się bardzo niedługo przydać... Właściwie, to jutro. Ale o tym później.

piątek, 26 marca 2010

CSI W - Torwar 2010

Trochę czasu już od "Torwaru" minęło, ale dopiero teraz miałem chwilę czasu, żeby dokończyć post produkcję zdjęć, wybrać najciekawsze, i zamieścić. Zdjęcia z 2-ch dni, niestety, nie mogłem być w piątek (poza krótką wizytą wieczorem).

Sobotni cykl zdjęć zacznę od fotografii Grzegorza Kubiaka, według mnie nadal najlepszego polskiego jeźdźca:

Dalej, dwie bardzo uważne obserwatorki konkursów (a dokładnie, w tej chwili, przestawiania przeszkód):

Obsługa parcouru radziła sobie z przeszkodami często dużo lepiej, niż zawodnicy:

Trochę "sportowych", najważniejszy konkurs całych zawodów:

Gospodarz parcouru wraz z obsługą wspomnianego, podczas dekoracji zawodników:

Runda honorowa...

...podczas której zgubione zostało trofeum...

...obrzucone zatroskanym spojrzeniem jednego z zawodników:

I to by było na tyle, jeśli chodzi o torwarowe fotografie, jak widać po nich, zdecydowanie zerwałem z fotografowaniem sportu, i nie idą mi już tak, jak kiedyś ;)

Sprzętowo: Canon 1D mk III + 70-200/2,8 IS USM + (w nielicznych przypadkach) 2xTC L

środa, 25 listopada 2009

Pierwszy w Polsce klub taneczny, czyli Sotano, i jego otwarcie.

Jakiś czas temu zostałem poproszony przez Państwa Leszczyńskich, właścicieli powstającego jeszcze wtedy klubu Sotano, o wykonanie zdjęć podczas uroczystego otwarcia. Oczywiście zgodziłem się, i tym sposobem 21-go listopada AD. 2009, ok 18:30 wylądowałem na miejscu.

Troszkę przygotowań, szybka konsultacja z panem od oświetlenia ("zimne jak cholera, ze sześć tysięcy" :P), i zaczęli się schodzić goście, oraz... No, reporterzy. Lampa na wprost i wio, tak w skrócie można określić ich sposób pracy. Ok, ich sprawa. Mnie kotletowanie zupełnie nie obchodzi, więc spokojnie snułem się po klubie, witając znajomych i wypatrując dogodnego punktu, w którym można się ustawić w celach fotograficznych. Wkrótce taki punkt znalazłem.

Generalnie wykonanie tych zdjęć wymagało opuszczenia strefy chronionej (którą w moim wypadku jest wykonywanie zdjęć pozowanych, ze światłem poustawianych lamp itp) i spróbowanie czegoś nowego. Ale od początku, jeśli już mówimy o technice.

Wybierając sprzęt sporo zaryzykowałem, i wziąłem nowy aparat, 5D mkII (testowany wcześniej tylko na jednej sesji i podczas wyjazdu do Amsterdamu). Po tych doświadczeniach wiedziałem, że a) wysokie czułości nie stanowią problemu b) autofocus - wręcz przeciwnie, stanowi. Wybrałem więc szkła, które same w sobie ładnie pracują przy ustawianiu ostrości. Potrzebowałem czegoś ok 100-200mm i standardu. Wybór był prosty - 135/2L i 50/1,2L. Do tego 85/1,8 na wszelki wypadek, 17-40/4L w razie konieczności objęcia szerszego planu, 580EX II do pracy na aparacie, i 430EX II, gdybym potrzebował kontry (slave). Wszystko wrzucone w Domke F-2, bardzo wygodna torba do takich zastosowań.

Aparat ustawiłem pod spotlighty, co dało F:2 1/200s ISO: 1600, oraz 6000K temperatury barwowej. Przy tych ustawieniach kolorowe światła led-owe oraz flesz (bez żelu) były lekko cieplejsze, ale nie stanowiło to problemu, wręcz przeciwnie.

A mówiąc o fleszu - zrobił się jeszcze cieplejszy (na oko jakieś 4500), ponieważ nie chciałem używać go bezpośrednio, i odbijałem go od kremowej ściany za sobą, co oczywiście wpłynęło na temperaturę barwową.

No i zdjęcia... Część z fleszem, część bez:

Poza zdjęciami samego tańca udało mi się złapać jeden ciekawy portret (chyba lepszy od tych, które robię podczas sesji...), 5D mkII + 135/2 (ISO:1600, 1/200s, f:2, lekki flesz wypełniający):

I to by było na tyle, jeśli chodzi o zdjęcia... Wrażenia? Świetne miejsce, naprawdę warto tam się pojawić, jeśli, oczywiście, ktoś lubi tańczyć. A sprzętowo? Szkła na 6-kę, aparat - jeśli trafił AF-em, było git, ale trafiał ok 40% zdjęć... W końcu się wkurzyłem i zacząłem ustawiać ostrość manualnie. Pod taniec będzie trzeba jednak wziąć jedynkę (albo dokonać zdrady poglądów, i 7-kę).

Pozdrawiam wszystkich nielicznych czytelników :)

niedziela, 4 października 2009

Vienna!

Troszkę czasu minęło od powrotu z Wiednia, ale dopiero teraz mam chwilę, żeby o tym napisać. No więc jak było... Było zdecydowanie super. Świetne miejsce do zwiedzania, wypoczynku, pracy, w sumie nie zdziwiłbym się, gdyby na mojej stronie zamiast "photographer based in Warsaw, Poland" pojawiło się "photographer based in Vienna, Austria". Tylko niemiecki będzie trzeba podszlifować. A zaczęło się od podróży samolotem. O, mniej więcej takim, może troszkę mniejszym:

Był plan myknąć z lotniska specjalną koleją do centrum Wiednia, ale okazało się, o dziwo, że taksówką wyjdzie taniej! Więc podróż taksówką, około godziny, krótki spacer po mieście, w poszukiwaniu pożywienia... (jeden z pierwszych widoków w centrum Wiednia, jaki mi się rzucił w oczy)

I ostatecznie śniadanko w Cafe Central, które w żadnym wypadku nie przypomina dworca centralnego, chyba, że ilością osób w godzinach szczytu...

Potem udaliśmy się do Hohshule, celem odebrania kupionych wcześniej przez internet biletów. Oczywiście tata z przyzwyczajenia bardzo się spieszył:

Po wykonaniu tych jakże męczących czynności, udaliśmy się do Fine Arts Museum, miałem tam tylko takie dziwne wrażenie, że sam budynek jest większym dziełem sztuki, niż większość tego, co wisi na ścianach czy stoi na postumentach. Ale ok, ja nic nie mówię, bo zaraz mnie ktoś znowu spróbuje zlinczować czy wyzwie od profanów... A zdjęcie przedstawia arkady i kawałek klatki schodowej gmachu muzeum (wcześniej był to pałac letni cesarzowej Sisi):

No, a potem przyszedł czas na zasłużony (wielce) odpoczynek, i spróbowanie najlepszego Viennerschnyzla w całym Wiedniu (tak przynajmniej mówią, nie mam podstaw, by nie wierzyć).

Następny dzień zaczął się od zwiedzania katedry, potem krótkich zakupów, większość sklepów wygląda mniej więcej tak:

Pawilony metra (z ekspozycją archiwalnych zdjęć, nie powiem, podobały mi się), i nabywaniem biżuterii (przemilczę, dla kogo...):

I krótki spacer znowu, tym razem miałem dość ciekawy epizod trendsetterski, otóż przechodziłem wzdłuż kolejnych kamienic, i w pewnym momencie minąłem drzwi, zupełnie nie pasujące do elewacji. Cofnąłem się te kilka kroków, które zdążyłem z rozpędu zrobić, i strzeliłem fotkę. Para, która mnie minęła, cofnęła się z większej odległości, by wykonać identyczny kadr. Ach, ta sława... A zdjęcie wygląda tak:

No i największe doznanie artystyczne tego wyjazdu, Leopold Museum, a w nim prace Egona Schiele:

Po wystawie cyknąłem jeszcze takie zdjęcie, na klatce schodowej muzeum:

Wracając, wypatrzyłem pomnik Goethego, nie pytajcie mnie, co ma Goethe do Wiednia, nie mam zielonego pojęcia.

Następnie trzeba było wypełnić kolejny obowiązek, tzn spróbować oryginalnego tortu Sachera, w Sacher Stube. Tort wyglądał tak: (a smakował dużo lepiej, niż wygląda).

Potem kolejne zakupy, i spacer ulicami pełnymi turystów (ach, te stada identycznych japończyków robiących tony identycznych zdjęć, któż ich nie uwielbia...), i ulicznych mimów i kuglarzy. Jeden zwłaszcza przykuł moją uwagę (ciekawe, czemu...):

No i koncert. W sumie chyba podobny, jeśli nie identyczny repertuar, jak ten grany na Koncercie Noworocznym. Głównie dzieła Mozarta, Straussa, oczywiście marsz Radetzkiego, i takie tam inne ;) Przed koncertem wleźliśmy do parku, w którym znajdował się budynek "koncertowy", a tam stał sobie Johan Strauss:

Potem jeszcze kilka zdjęć twilightowych (w sumie fotka Straussa też jest w czasie twilightu, ale cicho być):

No i sam koncert (w czasie którego, wbrew zapewnieniom przewodnika, nie wolno było robić zdjęć... Barbarzyństwo):

A następnego dnia zaczęliśmy od pokazu w Hohshule. Tylko dwa zdjęcia, więcej... No cóż, więcej na razie pokazać nie mogę, wtajemniczeni wiedzą, dlaczego ;)

No i drugie zdjęcie, długi czas, jednoczesne manoramowanie i zoomowanie szerokim kątem, pojedyncza fotka, wiem, wiem, jestem genialny:

Potem jedzonko kolejne, trochę zakupów, muzeum fotografii (u Leopolda, podobnie, jak Ekspresjoniści):

Tam też, korzystając z lustra, wykonałem portret rodzinny, jedyne zdjęcie, na którym widać moją paskudną mordkę:

Potem ostatni, długi tym razem, spacer, i kilka zdjęć z niego...:

Ostatnie zdjęcie przedstawia ulicznego artystę, malującego sprayami, podobny widok można chyba zastać w Warszawie, na "patelni" przy metro centrum, chociaż chyba różnią się nieco ceny prac ;). Po spacerze jedzonko, na lotnisko, i do domu.

Na koniec tylko takie zestawienie, ilości zwiedzonych knajp i posiłków w nich (bo głównie jedzeniem się chyba zajmowałem, poza "pracą"):

1-szy dzień:
-Cafe Central (śniadanko)
-Kawa w cafeterii Fine Arts Museum
-Viennerschnytzel
-Apfelstrudel w Kafe Corb

2-gi dzień:
-Szprycowanie (red bull) w kawiarni Leopold Museum
-Sachertorte w Sacher Stube
-Viennerschnytzel po raz drugi
-Wieczorny Sachertorte w Corb

3-ci dzień:
-Apfelstrudel u Demel'a
-Obiad z deserem w Corb

Generalnie gorąco, gorąco polecam właśnie Corb'a, znakomita obsługa z jajami ;)

wtorek, 8 września 2009

Sabaton!!!!!

Najlepszy koncert tego roku, zdecydowanie. Pierwszy raz w historii, Sabaton mógł zagrać na prawdziwym polu bitwy (polskie Termopile, czyli Wizna).

Taka sobie panoramka się tam rozciągała (fotka trzaśnięta przed koncertem):

Po zwiedzeniu resztek bunkra i obejrzeniu wspomnianych panoramek, przyszedł czas na koncert. Oczywiście publika wyposażyła się w biało-czerwone flagi:

I Sa-ba-ton, Sa-ba-ton, Sa-ba-ton!

I jeszcze. Jeszcze jedno... PIWO!!!!!

Generalnie koncert naprawdę powalający. Wielkie dzięki dla towarzystwa, które umożliwiło mi pojawienie się tam (mean dla Magdy i Złego).